Fuerteventura

Jestem na Kanarach! – kierunek Fuerteventura…

Niecałe 100 km na zachód od wybrzeży Afryki leży należący do Hiszpanii kawałek Europy – archipelag Wysp Kanaryjskich, znany już starożytnym jako Wyspy Szczęśliwe. Lanzarote, Fuerteventura, Gran Canaria, Teneryfa, La Palma, El Hierro i La Gomera z roku na rok stają się jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc na świecie. Na widok jednej z nich Jean de Bethencourt wykrzyknął „fuerte aventura!”, co tłumaczymy jako „wielka przygoda!”. Pomyślałam, że w środku zimy tego mi właśnie potrzeba – wrażeń! I tak wraz z grupą przyjaciół poleciałam na Fuerteventurę.

fuerteventura6

Droga lądowania na lotnisku Matorral oddalonym o 6 km na południe od stolicy wyspy Puerto del Rosario prowadzi wzdłuż wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Dlatego w samolocie warto zająć miejsce tuż przy oknie, by móc obserwować turkusowe wody oceanu wpływające do małych zatoczek, fale rozbryzgujące się o wulkaniczne wybrzeże wyspy, zachwycające ciągi białych wydm i spaloną słońcem rdzawą ziemię.

Przyznam, że samolotem leciałam po raz pierwszy. Podejście do lądowania trwało na tyle długo, że zaczęłam się zastanawiać jak pilot zdoła wylądować tuż przy linii brzegowej wyspy, gdzie znajdowało się lotnisko. W szczególności, że miałam wrażenie, iż koła samolotu momentami zahaczają o wody oceanu. Na szczęście w rzeczywistości pas startowy znajdował się kilkanaście metrów dalej i tak o godzinie czternastej, a trzynastej czasu miejscowego (na Wyspach Kanaryjskich cofamy zegarki o godzinę do tyłu) ląduje w miejscu, o którym do tej pory jedynie marzyłam.

Fuerteventura jest geologicznie najstarszą z wysp w archipelagu kanaryjskim. Powstała około 21 milionów lat temu, a jej krajobraz jest wynikiem działalności wulkanicznej. Jednak bez obaw, wyspa jest miejscem całkowicie bezpiecznym – ostatnia erupcja miała tutaj miejsce około 7 tysięcy lat temu. Co pozostawiły po sobie wulkany? To co na mnie zrobiło duże wrażenie to kaldery i strome wulkaniczne klify, miedzy którymi chowają się niewielkie zatoczki z czarnymi plażami utworzonymi przez zastygłą lawę oraz łagodne rdzawe pagórki, będące niegdyś szczytami wulkanów.

Innym kreatorem krajobrazu Fuerteventury są silne afrykańskie wiatry, które na dobre zagościły na wyspie. W ramach rekompensaty przywiewają na nią saharyjski piasek, który stworzył przepiękne rozległe plaże, opadające łagodnie do lazurowego morza. Dlatego gdy przez kolejne dni odkrywałam uroki Fuerteventury odnosiłam wrażenie, że jednego dnia trafiłam na prawdziwą pustynię, gdzie z oddali wyłaniają się bielutkie wiatraki będące charakterystycznym elementem krajobrazu wsypy, kolejnego dnia zaś znalazłam się w surowych księżycowych warunkach, by w oddali na zboczach pagórków dostrzec stada kóz skubiących kępki suchych traw. Fuerteventura momentami sprawia wrażenie opustoszałej i dzikiej. Nic jednak dziwnego – wyspę zamieszkuje niecałe 90 tys. osób. Jest to więc miejsce idealne dla ludzi ceniących spokój, ciszę i chcących oderwać się od pędu i wymagań współczesnego świata. Poza tym, że wyspa gwarantuje bajeczne widoki i rajskie plaże z jedwabistym piaskiem, pewni możemy być także pogody! Fuerteventura to kraina wiecznej wiosny i nie jest to tylko chwyt marketingowy. Temperatura przez cały rok rzadko spada poniżej 18°C, a deszcz jest zjawiskiem sporadycznie spotykanym i entuzjastycznie witanym przez mieszkańców wyspy. Odwiedzając wyspę w lutym przez cały pobyt cieszyłam się idealną pogodą: słupek rtęci na termometrze przez cztery dni naszego pobytu wskazywał 23°C, do tego obecność stale wiejącego afrykańskiego wiatru, dzięki któremu odczuwało się kilka stopni mniej i znośna woda w oceanie, która umożliwiła nam zażywanie morskich kąpieli.

Mimo wielu opinii, że Fuerteventura jest miejscem tylko i wyłącznie dla ludzi starszych i rodzin z dziećmi – zaprzeczam. Jest to miejsce dla każdego. To prawda, że próżno tu szukać życia nocnego, z którego słynie choćby Ibiza, ale możemy znaleźć kilka fajnych lokali z klimatyczną muzyką. Wyspa ta jest miejscem idealnie skrojonym dla miłośników błogiego lenistwa mogących delektować się szumem fal i promieniami słońca. Nadmienię tylko, że decydując się na wypoczynek pośród złocistych plaż niemal pewne jest, że na horyzoncie dostrzeżemy wiele par w „stroju” Adama i Ewy niemieckiej narodowości. Jednak prócz takich „atrakcji” znajdziemy tu wiele możliwości na aktywne spędzenie wolnego czasu. Trzeba się tylko dobrze rozejrzeć.

To zapewne raj dla każdego pasjonata sportów wodnych. Ze względu na silny wiatr i wysokie fale co roku Fuerteventurę odwiedza tysiące surferów, windsurferów i kitesurferów. Z doskonałych warunków do uprawiania tego rodzaju aktywności słynie półwysep Jandia na południu wyspy, gdzie zarówno amatorzy jak i prawdziwi wielbiciele sportów wodnych znajdą wypożyczalnie sprzętu oraz świetnie rozwinięte szkoły, w których czekają na nas instruktorzy oferujący kursy na każdym poziomie zaawansowania. Smaku dodaje fakt, że co roku na wyspie odbywają się mistrzostwa świata w windsurfingu i kiteboardingu.

A co jeśli surfowanie nie jest naszą mocną stroną? To może rower lub trekking? Na wyspie znajdziemy bez problemu wypożyczalnie rowerów. Ich asortyment to głownie tzw. „górale”, które są łagodnie mówiąc lekko wyeksploatowane i widać na nich ząb czasu. Nie musimy się przynajmniej martwić, że na lakierze będzie widać ślady naszej wyprawy, a muszę wspomnieć, że najciekawsze trasy wiodą po bocznych szutrowych i kamienistych drogach, gdzie od czasu do czasu wiatr sypnie piaskiem w oczy. Wymarzonym wręcz regionem do tego rodzaju aktywnego wypoczynku jest północna część wyspy, a w szczególności okolice Corralejo – głównego ośrodka wypoczynkowego na wyspie, które oferuje liczne szlaki piesze i rowerowe.

Jaką trasę wybrać w czasie takich wypraw? Ja poleciłabym tą, którą sama przetestowałam, a mianowicie szlak prowadzący przez wulkaniczne tereny Sendero de Bayuyo, którego główną atrakcją jest krater wulkanu Bayuyo. Podejście na szczyt krateru jest dość łatwe, tym bardziej warto wdrapać się na samą górę, gdyż nasz wysiłek zostanie wynagrodzony przepięknym widokiem na północną część Fuerteventury, kolejną z wysp archipelagu – Lanzarote, oraz na niewielką wyspę Lobos. Kierując się dalej bocznymi drogami w stronę małej wioski Lajares mijamy kolejne stożki wygasłych wulkanów. Odnieśliśmy wrażenie jakby czas nagle się zatrzymał. Wokół tylko cisza, a jedyne co słychać to odgłosy natury.

Po godzinnej przejażdżce pośród spalonej słońcem ziemi na horyzoncie dostrzegamy coś niebieskiego – do oceanu już niedaleko. Docieramy do niewielkiej osady rybackiej Majanichio. Tak naprawdę to zaledwie kilkanaście nielegalnie wybudowanych prymitywnych, białych domków ukrytych nad małą uroczą zatoczką. Gdzieniegdzie dostrzec można drewniane, pomalowane niebieską, pomarańczową i białą farbą drewniane łódki rybaków, na których w słońcu suszą się porozwieszane sieci, a na ziemi wygrzewają przywiązane na łańcuchach kundle. W zasięgu wzroku nie widać żywej duszy. Wystarczyła krótka wyprawa by z turystycznego kurortu przenieść się w świat, gdzie czas na moment przystanął.

Po chwili odpoczynku i łyku ciepłej już od słońca wody ruszamy dalej. Droga między wulkanami i polami lawy z jednej strony, a złocistymi plażami i turkusowym oceanem z drugiej to niezapomniane wrażenia. Fale oceanu z impetem uderzają w postrzępione, czarne skały tworzące fantazyjne kształty. Zatrzymujemy się by zrobić kilka zdjęć i ruszamy w drogę powrotną. Podczas naszej całodniowej wycieczki rowerowej na trasie spotkaliśmy trójkę turystów. Jazda rowerem obok falującego Atlantyku i niewielkich stożków wulkanicznych w zupełnej samotności daje poczucie harmonii i łączności z krajobrazem , który nie został jeszcze zepsuty przez rozrastający się przemysł turystyczny.

Wyspę możemy też zwiedzać poruszając się wypożyczonym autem, lub autobusem. My ze względów finansowych (był to wyjazd studencki, któremu przyświecało motto by zobaczyć wiele, za małe pieniądze) zdecydowaliśmy się na transport publiczny. Należy pamiętać, ze jest on na Fuerteventurze dość ograniczony i do niektórych miejscowości autobus jedzie zaledwie dwa razy dziennie, ale ich stan jest bardzo dobry i bilety są naprawdę tanie. Na większości przystanków kierowca zatrzymuje się wyłącznie na żądanie, warto więc wchodząc do autobusu powiedzieć, gdzie zamierzamy wysiąść. My w ten sposób wybraliśmy się do malowniczo położonej niewielkiej osady rybackiej w El Cotillo położonej na północno-zachodnim klifowym wybrzeżu wyspy, która powoli przekształca się w niewielki kurort. Wokół czarnej wulkanicznej zatoki rozsiane są małe kontrastujące z czernią białe domki, a do brzegu przycumowano mnóstwo kolorowych łodzi rybackich.

Mnie El Cotillo zachwyciło czarnym wulkanicznym klifem ciągnącym się po horyzont skąd rozpościerał się niesamowity widok na rozległy i nieco wzburzony Atlantyk. Nad samym klifem wznosi się niewielka baszta Castillo El Tostón, gdzie przygotowano wystawę broni. W miejscowości tej zakotwiczyło również kilka przyjemnych małych restauracji i barów tapas. Dlatego warto tu zamówić potrawy rybne i regionalne dania ponieważ na pewno będą świeże i pyszne, tym bardziej że jedząc mamy przed sobą piękny widok na niewielką zatoczkę i morze. My skusiliśmy się na zupę z kalmarów, hiszpańską tortille i paellle z owocami morza, mięsem i warzywami. Pyszności!

A co z zabytkami na wyspie? To nie dla nich przyjeżdża się na Fuerteventurę. Miejscowości ważne z historycznego punktu widzenia to Betancuria, Oliva i Antigua leżące w centralnej części wyspy, jednak nie oczekujmy po nich zbyt wiele. Artystyczne dziedzictwo Fuerteventury trzeba określić raczej na ubogie. Walorem wyspy są przed wszystkim przestrzeń, krajobraz, przyroda i ludzie.

Lecąc na Fuerteventurę, oczekiwałam od niej złocistych plaż, lazurowego morza, słońca, ciepłej wody i prawdziwych wulkanów. To wszystko zobaczyłam, ale wiedziałam też, że kiedyś muszę tu wrócić. Bo teraz jest czas na Fuerteventurę – wyspę, która nie jest jeszcze zepsuta przez tłumy turystów z Europy, a przez to jest miejscem z przystępnymi cenami w szczególności w okresie zimowym. Dla zmęczonych tempem życia Fuerteventura to idealne wręcz miejsce na relaks, odprężenie i naładowanie życiowych baterii. Więc może warto poszukać wolnych biletów lotniczych? A jeśli nie teraz, to zawsze można zaplanować wyjazd na następny sezon zimowy!

Tekst i zdjęcia: Joanna Żarnowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *

Świat
Zdjęcie profilowe Redakcja

Samburu – wyjątkowe kenijskie plemie – dlaczego warto je poznać podczas afrykańskiego safari?

Wakacje w Afryce to niekoniecznie Egipt albo Tunezja. Warto udać się trochę bliżej równika, zobaczyć inną Afrykę z jej nieokiełznaną, egzotyczną przyrodą. A wisienką na torcie będzie wizyta w wiosce plemienia Samburu. Afrykańskie wakacje inne niż wszystkie Afryka – dzika, nieujarzmiona, kolorowa, roztańczona, chwilami groźna. Taki obraz kontynentu tkwi w głowie Europejczyka. A jak wyglądają (więcej…)